Bohaterowie w toksycznym świecie Małgorzaty Rejmer wiją się w konwulsjach, byle tylko zwrócić na siebie uwagę. Łakną drobnego gestu, szczątkowego zainteresowania drugiej osoby. To jest żenujące.
Jest Ada, rachityczna, niezbyt rozgarnięta „osoba znikoma", która opiekuje się swoim chorym psychicznie ojcem. Tak bardzo go kocha, że z miłości systematycznie go podtruwa. Niech się stary człowiek tak bardzo nie męczy. Jest też Jan, szczapowaty, wysoki, samotny stary kawaler, ukochany synek mamusi (już nieżyjącej), który prowadzi swoisty katalog snów, pisze mowy pogrzebowe i usilnie szuka drugiej połówki. Tak bardzo kocha swoją sąsiadkę, że żyć jej normalnie nie daje. Jest też Lucyna, wdowa, którą nawiedzają obrazy Matki Boskiej i Jezusa, boleśnie doświadczana niegdyś przez męża tyrana, którego mimo wszystko kochała. Poznajemy także Annę, młodą dziennikarkę nękaną przez byłego powstańca Tadeusza, z którym nieopatrznie przeprowadziła wywiad, i któremu na zabój (nomen omen!) wpadła w oko. Teraz Tadeusz ugania się za nią i czatuje jak pies pod jej domem. Jest w końcu Longin, tramwajarz, rozpoetyzowany, zaczytany w wierszach romantyk, ciągle pod pantoflem swojej żony hetery. Kocha ją jednak miłością czystą. Głęboko wierzy, że zła żona jest tak naprawdę dobra.
Wszyscy oni przypominają jednak ledwo żywe twory, nie ludzi z krwi i kości. Sprawiają wrażenie trwania w rozkładzie, zaniku, powolnego zmierzania w otchłań i nicość. I tak też się dzieje. Akcja zmierza do nieuchronnego, tragicznego końca. W jednym momencie wszyscy znajdą się obok siebie, w tym samym miejscu i czasie. I stanie się koniec.
Warszawska dzielnica Grochów, którą zamieszkują Rejmerowskie monstra, też jest toksyczna. Zatruwa życie swoich mieszkańców, którzy z kolei zatruwają życie swoich bliskich, znajomych, a także obcych ludzi. Tak bardzo nie chcą być sami, tak pragną miłości, bliskości drugiego człowieka, że posuwają się do zachowań graniczących z bezmyślnością, głupotą, brakiem jakiegokolwiek racjonalnego myślenia. To bardzo prości ludzie, skopani przez los. Nieudacznicy. Biedni i smutni. Żyją w świecie, który ich omotał. Wpisali się w pijacko-menelsko-robotniczy krąg, gdzie zasikany kaleka w tramwaju „śmierdzi Polską, która się wstydzi".
Właśnie! Przez cały czas ma się nieodparte wrażenie, że świat bohaterów niemiłosiernie śmierdzi. Cuchną brudne ulice, cuchnie w zatęchłych mieszkaniach, w nozdrza uderza odór przepoconych i zużytych bandaży na nogach starej baby. U Rejmer dowcip podkopuje nadętą powagę. Groteska i pastisz mieszają się z realistyczną obserwacją zapyziałej rzeczywistości. Jeśli taka właśnie ona jest (ta rzeczywistość), należy ją wyśmiać. Ale przy okazji pochylić się nad losem przez nią pokrzywdzonych. Tak też czyni autorka. I słusznie.
Małgorzata Rejmer, "Toksymia", Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2010.
wtorek, 2 listopada 2010
wtorek, 19 października 2010
Na wymarcie
Gdzie, według Włodzimierza Nowaka, leży serce narodu? Jakaś nieznana siła (historia, los, dzieje, przypadek) rzuciła je gdzieś w chaszcze, z dala od zgiełku wielkich miast, modnych lokali, nowoczesnych metropolii. To zbolałe, pozawałowe serce leży samotnie na prowincji. Nie jest mu tam dobrze, ale nie rzęzi. Nie narzeka. Dziwne.
Reportaże Nowaka to opowieści o ludziach. To historia młodego chłopaka, który niedługo po znalezieniu pierwszej w życiu pracy zginął w mieszalniku do ciasta, bo pracodawca nie dopilnował zasad bezpieczeństwa. To opowieść o wielkim rozczarowaniu kapitalizmem i podłym życiu po upadku komuny. O tym, jak wyłudzić ubezpieczenie, bo przecież wszyscy kradną, a i tak cała Polska trzaska bryki. To też historia o matce, która nie wytrzymała. Razem z nieuleczalnie chorym synem wyskoczyła z okna mieszkania na siódmym piętrze. Mąż spał w pokoju obok.
Jest tych historii więcej. A każda dotyka, szarpie, boli i przeraża. Każe czytelnikowi stanąć twarzą w twarz z Polską taką, jaka jeszcze dogorywa w byłych PGR-ach, z ludźmi, którzy są na nią skazani, bo inaczej nie potrafią. Nawet nie próbują się z niej wyrwać, bo im się nie chce. To opowieści bardzo refleksyjne. Nie znajdziemy w nich tak modnego i uwielbianego lokalnego kolorytu. Zastaniemy tam raczej lokalną szarość i smutne twarze smutnych ludzi. To ludzie są bohaterami reportaży. Biedni, prości i, jak wyżej wspomniałem, właśnie dojmująco smutni.
Bohaterowie są do tego stopnia zakleszczeni w ponurej rzeczywistości, że nie mają siły na jakiekolwiek reakcje. Marazm powoduje stagnację. Stąd już krok do śmierci. Samobójstwa - z biedy, nieporadności, samotności - to nierzadko spotykane zjawiska w tym przytłaczającym świecie. „My tu wszyscy na wymarcie" - jak mówi jeden z mężczyzn.
Znakomity, obrazowy i dotykający zadziwiających szczegółów codzienności język Nowaka tworzy reportaże najwyższej próby. Ich autor pokazuje, jak paskudne może być życie. Dzięki niemu w jakiś niesamowity sposób zostajemy wciągnięci w świat daleki, choć przecież nasz własny. Ten, w którym sami żyjemy. I to najbardziej boli. Przeraża myśl, że moglibyśmy być jednym z bohaterów. Literatura wzbudzająca takie uczucia to sztuka na najwyższym poziomie.
Włodzimierz Nowak, "Serce narodu koło przystanku", Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009.
niedziela, 17 października 2010
Diagnoza narodu
Polscy reportażyści odsłaniają kurtynę. Zrywają maski codzienności i ukazują kryjący się pod nią brud, który nazywamy rzeczywistością. Będzie bolało. Bo ma boleć. W roli głównej Polska. Bez ubarwień, bez upiększeń. Taka, jaka była. Taka, jaka jest. Zaściankowa, prosta, prymitywna, chora, brudna, biedna, kiczowata, agresywna, nietolerancyjna.
Reportaże wiele nam mówią o Polsce i o nas samych z lat dziewięćdziesiątych XX wieku i z pierwszego dziesięciolecia wieku XXI. Odsłaniają wstydliwe pokłady naszej zbiorowej mentalności. Rzadko jednak napawają nadzieją. Ta książka powinna znaleźć się na liście lektur obowiązkowych dla studentów socjologii, historii najnowszej, europeistyki, filologii i innych wydziałów humanistycznych. To intelektualna, nostalgiczna, wspomnieniowa uczta. Do tego jak najbardziej prawdziwa. Odrzucająca ckliwy sentymentalizm, bo przecież nie raz i nie dwa ma się ochotę przekląć przy lekturze, zezłościć, zdziwić, ale też wzruszyć, przerazić lub zażenować.
Z wyboru reportaży nie bije optymizmem. Jesteśmy narodem zakompleksionych frustratów o dość zaściankowej mentalności. Jakże bowiem inaczej nazwać stawianie koszmarków mieszkalnych w stylu średniowiecznych zameczków z czterema wieżami albo pseudogreckich kolumn okalających ganek? Jak zrozumieć ogolonych na łyso kolesi wciskających w siebie kilogramy sterydów, żeby wyrobić sobie monstrualnych rozmiarów mięśnie kosztem zdrowia i - przede wszystkim - jako takiej sprawności intelektualnej? Dlaczego niektórzy gotowi są narażać własne życie dla marnych pieniędzy zarobionych na przemycie narkotykowych kapsułek we własnych żołądkach? Co takiego zrobili sąsiedzi tym, którzy ratowali Żydów w czasie wojny, a teraz, odznaczeni tytułem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata boją się wychylić nos za ogrodzenie własnego domu? Na czym polega fenomen disco-polo, że przez całą dekadę pół Polski podrygiwało w rytm remizowego hitu „Majteczki w kropeczki"?
Gdybyśmy nagle znaleźli się w wieku XIX, mielibyśmy znakomity materiał dla pisarzy realistów i naturalistów. Dalibyśmy im gotowy przekrój społeczeństwa polskiego, szeroką panoramę społeczną naszych czasów. Jestem pewien, że Zola, Prus czy Orzeszkowa nie pogardziliby takim świadectwem. Od razu zgotowaliby nam napisaną w duchu pracy u podstaw powieść mającą naprawić nasz naród, wydobyć go z rynsztoku. Wszak ta książka to wielka diagnoza naszego społeczeństwa. Kwintesencja polskości dwóch dekad. Próba zmierzenia się z problemami, które nie tylko wtedy, ale i teraz, wciąż nierozwiązane, zżerają nas politycznie, moralnie, obyczajowo. A my nie potrafimy sobie z nimi poradzić. I pewnie jeszcze długo nie będziemy. Aborcja, związki jednopłciowe, wiecznie powracające duchy komunistycznej przeszłości, nosiciele wirusa HIV.
To kraj, gdzie ludzie są dumni ze swojej homofobii, gdzie bieda zmusza obywateli do moralnego upadku, a karierowicze pędzą po trupach, by zarobić jeszcze więcej pieniędzy. Tu można oszukiwać innych, szydzić z odmieńców, wytykać palcami tych, którzy mają lepiej. A ci, którzy stąd uciekli, zasilili rzesze tanich robotników na Wyspach.
Dosyć! Ile można! - krzyknie w końcu czytelnik. Aż tak źle chyba nie jest. Owszem, jednak aby to udowodnić, trzeba by wydać kolejny zbiór reportaży, w którym pomieścilibyśmy opowieści o tym, co się udało. O ludziach, którzy wyszli z biedy. O tolerancyjnych sąsiadach. O szczęśliwych związkach. O niebitych dzieciach, niegwałconych kobietach, nieszykanowanych „odmieńcach". O wykształconej młodzieży i dobrotliwie patrzących na nią staruszkach. Pytanie tylko, kto zechce to czytać.
Mariusz Szczygieł, „20 lat nowej Polski w reportażach", Wydawnictwo Czarne, 2009.
środa, 13 października 2010
Jakbyś kamień jadła
Kości. Strzępy ubrań. Strach. Wojciech Tochman opisał masowe egzekucje muzułmańskich Bośniaków w latach 90. XX wieku. A raczej to, co po nich zostało.
Na podłodze wielkiej hali leżą poukładane setki ubrań. Bluzki, spodnie, koszulki. Wykopane z ziemi, wyciągnięte z jaskiń, oddzielone od kości i wyprane. Trzeba tylko pamiętać, w co był ubrany syn, córka, matka, brat, ojciec, siostra tamtego dnia. Może ktoś skojarzy kawałek naszyjnika ze sztucznych pereł. Może matka zauważy łatę na rękawie swetra, którą kiedyś naszyła synowi. Tylko tak można rozpoznać swoich bliskich.
Reportaż Tochmana to opowieść o pracującej przy ekshumacjach w Srebrenicy doktor Ewie Klonowski, antropolożce polskiego pochodzenia mieszkającej w Reykjaviku. Po wojnie w byłej Jugosławii takie osoby jak ona mają pełne ręce roboty. Tysiące ludzi zginęło. Rodziny chcą ich pożegnać i pochować. Właśnie dla nich pracuje doktor Ewa. Przy okazji wykopuje spod ziemi wojenną prawdę dla świata. Jednak najważniejsze są rodziny i bliscy ofiar. Ich przemożna potrzeba pogrzebania ciał dzieci, mężów, matek jest instynktownym wypełnieniem rytuału, bez którego nie da się żyć.
To także opowieść (jakże okrutnie brzmi to słowo w takim kontekście, opowieść!) o bólu, łzach, rozpaczy. To relacja o ludziach. Relacja, która wsiąka w naszą wyobraźnię palącym bólem. Bo tylko wyobrażenie sobie podobnego cierpienia jest w stanie choć trochę zbliżyć nas, czytelników, do tamtych wydarzeń. „Kiedy się patrzy na tak straszne nieszczęścia, to szalenie mocne staje się poczucie, że najpierw jest się człowiekiem. A dopiero później człowiekiem określonej narodowości. Człowieczeństwo łączy w nieszczęściu, w jego przeżywaniu" - te słowa Tadeusza Mazowieckiego stanowią motto książki.
Suchy język relacji, nieubarwiany nadmiernie kwiecistymi słowy, pozwala naszej wyobraźni dotknąć niemal każdego szczegółu. Spojrzeć na ekshumowane kości nie jak doktor Ewa, przez pryzmat pracy (choć i jej zdarzają się momenty załamania), lecz oczami matek, braci, żon na własne dzieci, siostry, mężów. Wtedy kawałek gnijącej koszulki i fragment roztrzaskanej czaszki będzie dla nas tym, kogo kochamy. I chcemy wreszcie opłakać. To po kilku latach od zbrodni przynosi ulgę.
„Kopałam, wiedząc, że trafię na dzieci. Mnie jest wszystko jedno, czy wykopuję dziecko, czy starca. Kości to kości. Z tą tylko różnicą, że u dzieci jest kosteczek więcej, są mniej trwałe. No i trafiłam na takie kosteczki, jakich się spodziewałam. I na zabawkę obok - figurkę Supermana. Trzeba go było włożyć do plastikowej torebki. Nie mogłam. Trzymałam to w ręku, nade mną ojciec dziecka. Czułam, że nie dam rady. Zacznę płakać. Tłumaczyłam sobie: Ewa, ktoś tu musi pracować. Kości to kości. To jest zabawka znaleziona przy kościach. Musisz ją włożyć do plastikowej torebki i zająć się następnym ciałem".
Wojciech Tochman, "Jakbyś kamień jadła", Czarne, 2008.
wtorek, 12 października 2010
Wroniec
Dukaj wyraźnie chciał odpocząć. Rozerwać się po monumentalnym „Lodzie". Zabawił się więc historią. Poigrał nieco ze stanem wojennym. Tak powstał „Wroniec".
Milipan, Złomot, Bubek, Pozycjonista... dla większości z nas nazwy te brzmią znajomo. Tylko tak jakoś inaczej. Bo też Jacek Dukaj zabiera nas w tournée po stanie wojennym na nice wywróconym. Wraz z kilkuletnim Adasiem wychodzimy na szare warszawskie ulice i oczami dziecka obserwujemy wydarzenia z początku lat osiemdziesiątych.
W poszukiwaniu porwanej przez złowrogiego Wrońca rodziny chłopca przemierzamy ciemne zaułki, brudne ulice, wielkie gmachy, w których urzędują Członkowie, Potwarzysze i Szarzędnicy, chodniki obstawione przez oddziały MOMO grzejące się przy koksownikach i wrzucające do nich mięso. Obserwujemy szare twarze ludzi przemykających pod ścianami z rękami w kieszeniach i głowami schowanymi w wielkie kołnierze. Jeździmy starą warszawą. Stajemy w kolejce, gdzie zza pleców natychmiast dolatuje nas charakterystyczne „Pantuniestał!". Schodzimy do Podziemia. Odbywamy wizytę w szpitalu. Wkradamy się nawet do najważniejszego i najwyższego w mieście budynku, w którym rezyduje sam Wroniec.
To tylko niektóre z wielu jakże wątpliwych atrakcji czekających nas na kartach najnowszej powieści (może raczej opowiadania) Jacka Dukaja, który dokonał rzeczy dziwnej. Przedstawił jeden z najsmutniejszych epizodów naszej najnowszej historii w taki sposób, że aż chciałoby się tam znaleźć raz jeszcze. Dlaczego? Bo dla dziecka wszystko jest grą, zabawą, nawet jeśli jest to zabawa na poważnie. „Wrońca" czyta się jak bajkę. Czarną, ponurą, straszną, przerażającą, ale wciągającą w swój zdegradowany, brudny, ohydny, cuchnący świat potworności stanu wojennego.
Całość jest napisana językiem plastycznym, giętkim, opartym na zaskakujących czasami skojarzeniach. Ot, choćby metalowa suka, która na śniegu zostawia ślady psich łap z wyraźnym zagłębieniem od bieżnika. Bo tam milicyjna suka wygląda właśnie jak... suka. Takich smaczków jest tam wiele. Nie można też nie wspomnieć o świetnych rysunkach Jakuba Jabłońskiego. Dzięki nim przenosimy się w świat baśni. To nic, że okrutnej i śmiertelnie niebezpiecznej, ale przecież świat zapamiętany w dzieciństwie jest mitem, do którego każdemu po latach chce się wracać. Jaki by nie był.
środa, 29 września 2010
Balladyna w Narodowym
Reżyser Artur Tyszkiewicz nie boi się Roku Słowackiego. Nie straszne mu też widmo historii z 1974 roku w postaci pędzących na Hondach Goplany, Skierki i Chochlika, którymi 35 lat temu zaskoczył wszystkich Adam Hanuszkiewicz. Tyszkiewicz robi spektakl swój, wolny od nawiązań. Bez względu na rocznice i obchody. Bez patrzenia na wieszcze, literackie i teatralne świętości.
Przed sceną kanał dla orkiestry po brzegi wypełniony plastikowymi butelkami - to jezioro Gopło. Skierka i Chochlik w absurdalnych, karykaturalnych strojach wyciągniętych niemal z kontenera na odpadki (kubły na śmieci stanowią zresztą integralną część scenografii). Goplana wijąca się niczym wyrzucona z wody tołpyga. Pustelnik zamknięty w szafie. Do tego wiejska chata i dwie nieobyte dziewuchy marzące o lepszym życiu. I Kirkor żyjący ponad stan, który objawia się niby spełnienie ich marzeń. Ponadto Tyszkiewicz wprowadza do spektaklu element dodatkowy - świetnie spełniający swoją funkcję chór. Towarzyszy on nam od początku do końca przedstawienia. Dopowiada niewypowiedziane, jest głosem skierowanym do publiczności, objaśnia, komentuje - wielka Grecja powraca w Teatrze Narodowym we wspaniałym, ultranowoczesnym stylu!
Brawa należą się także za zachowanie tekstu dramatu bez znaczących cięć. Reżyser nie bawi się - dzięki Bogu - w skoki akcji i przesunięcia dialogów. Niepotrzebny mu taki teatralny montaż. Dlaczego? Ponieważ ma pomysł na całość. Nie musi uciekać w formę, aby zakryć brak interpretacji. Bardzo udanie wydobywa elementy komiczne z tekstu Słowackiego. Gra nimi, nadaje nowe sensy, wtłacza w odpowiednio dobrane konteksty. Dzięki temu wiele scen staje się anegdotycznymi. Patrzymy na zachowania bohaterów i nieźle się bawimy. Często jednak spod tego śmiechu dobija się do naszych sumień gorycz, ironia, na końcu zaś trwoga. Wszak na twarzy Balladyny wciąż widnieje ten, nadany jej przez autora, ariostyczny uśmiech.
To groteskowe pomieszanie elementów komicznych i tragicznych jest czystą realizacją wizji Juliusza Słowackiego. Tyszkiewicz świetnie sobie z tym poradził. Dzięki temu spektakl ma szansę dotrzeć do szerokiego grona widzów. Z naciskiem na młodzież. Tak, tak, tę szkolną, która obowiązkowo musi „Balladynę" przeczytać. Być może narażę się teraz na atak, ale spektakl jest na tyle dobry, że ci najoporniejsi uczniowie, którzy za żadne skarby nie przeczytają dramatu, z powodzeniem mogą ograniczyć się do przedstawienia w Narodowym. Powinno to zabrzmieć jak komplement dla reżysera. Spektakl bowiem oddaje wszystko to, co poeta chciał w nim zawrzeć. Śmiem twierdzić nawet - choć może zabrzmi to jak pyszna uzurpacja - że sam autor byłby zaszczycony, gdyby dane mu było ujrzeć taką inscenizację.
W rolę tytułową wcieliła się Wiktoria Gorodeckaja, młoda, debiutująca niedawno aktorka, od stycznia należąca do zespołu Teatru Narodowego, i stworzyła postać przede wszystkim wiarygodną. A to najważniejsze. Jej Balladyna jest z początku prostą, ubogą dziewczyną z wiejskiej chaty. Nieco wulgarną, butną, ubraną bez gustu, z akcentem à la Jagna z „Chłopów", i podobnie jak ona znikającą wieczorami z kochankiem w zaroślach.
Następnie przeistacza się z wiejskiej dziewczyny, godnej politowania, w postać wybitnie tragiczną, wielokrotną morderczynię z pałacowych komnat. I choć słoma z butów wciąż jej wystaje, ona za wszelką cenę stara się dopasować do nienaturalnych dla siebie wnętrz. Jak w klasycznej tragedii zdejmuje nas litość pomieszana z trwogą. Kiedy w ostatniej scenie sama na siebie wydaje wyrok. Kiedy - „Winna śmierci" - brzmią jej ostatnie słowa, chociaż doskonale wiemy, jak całość się kończy, drżymy w nienazwanym lęku, zanim słowa te padną.
Chyba ze strachu, gdyż tak naprawdę sami nie wiemy, czy w ostatniej chwili Balladyna przypadkiem nie powie czegoś innego - „A dajcie wy mi wszyscy święty spokój!" - na przykład. Oglądamy znane, ale jakby pierwszy raz, na nowo. Bo też jest to rzecz zupełnie nowa. Świeża, wartka, śmieszna, zaskakująca. Dobra - po prostu.
Przed sceną kanał dla orkiestry po brzegi wypełniony plastikowymi butelkami - to jezioro Gopło. Skierka i Chochlik w absurdalnych, karykaturalnych strojach wyciągniętych niemal z kontenera na odpadki (kubły na śmieci stanowią zresztą integralną część scenografii). Goplana wijąca się niczym wyrzucona z wody tołpyga. Pustelnik zamknięty w szafie. Do tego wiejska chata i dwie nieobyte dziewuchy marzące o lepszym życiu. I Kirkor żyjący ponad stan, który objawia się niby spełnienie ich marzeń. Ponadto Tyszkiewicz wprowadza do spektaklu element dodatkowy - świetnie spełniający swoją funkcję chór. Towarzyszy on nam od początku do końca przedstawienia. Dopowiada niewypowiedziane, jest głosem skierowanym do publiczności, objaśnia, komentuje - wielka Grecja powraca w Teatrze Narodowym we wspaniałym, ultranowoczesnym stylu!
Brawa należą się także za zachowanie tekstu dramatu bez znaczących cięć. Reżyser nie bawi się - dzięki Bogu - w skoki akcji i przesunięcia dialogów. Niepotrzebny mu taki teatralny montaż. Dlaczego? Ponieważ ma pomysł na całość. Nie musi uciekać w formę, aby zakryć brak interpretacji. Bardzo udanie wydobywa elementy komiczne z tekstu Słowackiego. Gra nimi, nadaje nowe sensy, wtłacza w odpowiednio dobrane konteksty. Dzięki temu wiele scen staje się anegdotycznymi. Patrzymy na zachowania bohaterów i nieźle się bawimy. Często jednak spod tego śmiechu dobija się do naszych sumień gorycz, ironia, na końcu zaś trwoga. Wszak na twarzy Balladyny wciąż widnieje ten, nadany jej przez autora, ariostyczny uśmiech.
To groteskowe pomieszanie elementów komicznych i tragicznych jest czystą realizacją wizji Juliusza Słowackiego. Tyszkiewicz świetnie sobie z tym poradził. Dzięki temu spektakl ma szansę dotrzeć do szerokiego grona widzów. Z naciskiem na młodzież. Tak, tak, tę szkolną, która obowiązkowo musi „Balladynę" przeczytać. Być może narażę się teraz na atak, ale spektakl jest na tyle dobry, że ci najoporniejsi uczniowie, którzy za żadne skarby nie przeczytają dramatu, z powodzeniem mogą ograniczyć się do przedstawienia w Narodowym. Powinno to zabrzmieć jak komplement dla reżysera. Spektakl bowiem oddaje wszystko to, co poeta chciał w nim zawrzeć. Śmiem twierdzić nawet - choć może zabrzmi to jak pyszna uzurpacja - że sam autor byłby zaszczycony, gdyby dane mu było ujrzeć taką inscenizację.
W rolę tytułową wcieliła się Wiktoria Gorodeckaja, młoda, debiutująca niedawno aktorka, od stycznia należąca do zespołu Teatru Narodowego, i stworzyła postać przede wszystkim wiarygodną. A to najważniejsze. Jej Balladyna jest z początku prostą, ubogą dziewczyną z wiejskiej chaty. Nieco wulgarną, butną, ubraną bez gustu, z akcentem à la Jagna z „Chłopów", i podobnie jak ona znikającą wieczorami z kochankiem w zaroślach.
Następnie przeistacza się z wiejskiej dziewczyny, godnej politowania, w postać wybitnie tragiczną, wielokrotną morderczynię z pałacowych komnat. I choć słoma z butów wciąż jej wystaje, ona za wszelką cenę stara się dopasować do nienaturalnych dla siebie wnętrz. Jak w klasycznej tragedii zdejmuje nas litość pomieszana z trwogą. Kiedy w ostatniej scenie sama na siebie wydaje wyrok. Kiedy - „Winna śmierci" - brzmią jej ostatnie słowa, chociaż doskonale wiemy, jak całość się kończy, drżymy w nienazwanym lęku, zanim słowa te padną.
Chyba ze strachu, gdyż tak naprawdę sami nie wiemy, czy w ostatniej chwili Balladyna przypadkiem nie powie czegoś innego - „A dajcie wy mi wszyscy święty spokój!" - na przykład. Oglądamy znane, ale jakby pierwszy raz, na nowo. Bo też jest to rzecz zupełnie nowa. Świeża, wartka, śmieszna, zaskakująca. Dobra - po prostu.
wtorek, 28 września 2010
Prowadź swój pług przez kości umarłych
Niemałą odwagą trzeba się wykazać, by nagle - po kilkunastu latach tworzenia powieści tzw. poważnych - z premedytacją i publicznie przyznać się do tego, że taka forma pisarstwa męczy. I jawnie, a nawet bezczelnie przejść do gatunku z niższej półki rankingowej - do zwykłego kryminału!
A, fuj! Jak tak można? Obruszyli się z pewnością niejedni. Inni w tym czasie kręcili głowami, nieliczni może wierzyli w powodzenie tego przedsięwzięcia. Bo chociaż ostatnio kryminały koślawo, ale jednak wychodzą z literackiego bagniska (dość wspomnieć o Marku Krajewskim - restauratorze gatunku), to nadal są postrzegane jako nie ta najwyższej próby literatura, nie ta Piękna, nie ta przez duże „P". A jednak pozory mylą!
Tokarczuk postanowiła zabawić czytelnika, albo może zabawić się z nim - gatunkiem, konwencją, formą, tematem. Otrzymaliśmy powieść ni to czysto kryminalną, ni to stricte thrillerowatą. Autorka raczy nas połączeniem traktatu ekologicznego z mocnym wątkiem antymyśliwskim; okruchami poezji Williama Blake'a, cytatami i przysłowiami z jego twórczości; zagadką kryminalną, którą większość czytelników z pewnością rozwiąże w mgnieniu oka; sielskim lub mrocznym (w zależności od pory dnia lub roku) klimatem górskiej wsi na pograniczu polsko-czeskim; w końcu domorosłą astrologią, raczej amatorską zabawą niż poważną nauką, chociaż traktowaną z dużą dozą szacunku i wiary weń.
Główna bohaterka, Janina, o poczciwie brzmiącym nazwisku Duszejko, ma swoją własną teorię na temat morderstw popełnianych w okolicy, gdzie kilka domków na krzyż i niewielkie miasteczko nieopodal sprawiają, że wszyscy znają się jak łyse konie, albo przynajmniej kojarzą się z widzenia. Oczywiście nikt nie chce jej wierzyć i traktuje jak dziwaczkę, wariatkę, czarownicę bez mała. Kryminalna formuła powieści jest jednak tylko swego rodzaju formalnym chwytem, otoczką, do której nie należy zbytnio się przywiązywać.
Aby nie doszło do nieporozumień, do powieści należy podejść w jeden tylko - moim zdaniem - możliwy sposób. Należy kategorycznie i bezwzględnie zachować dystans. Inaczej nici z refleksji. Inaczej przyjemność szlag trafi, a wszelkie próby zrozumienia przesłoni zbytnia wiara w ulubione zajęcie krytyków (tutaj miejsce na autoironiczny uśmiech) - szufladkowanie. Jeśli ktoś bowiem zechce czytać „Pług" jak kryminał, którym to książka została okrzyknięta, srogo się rozczaruje. Jeśli podąży tropem thrillera, o którym wspominała sama autorka, też nie przewróci ostatniej strony z poczuciem zadowolenia.
Nie kręć nosem ponad pługiem
Idźmy więc tropem samej autorki, która - powtarzam - chciała oderwać się od tradycyjnej linii swojej twórczości, szczególnie po „Biegunach", i spróbować nowej formy, może mniej wymagającej, niezbyt poważnej (poważanej?), lżejszej po prostu. Czytelniku, pójdź tą samą drogą w czasie lektury! Odetchnij i ty po wymagających większego skupienia „Biegunach". Zdystansuj się do formy! Nie doszukuj się innych treści poza tymi, jakie autorka podstawia ci pod nos! Wtedy osiągniesz sukces interpretacyjny i czytelnicze spełnienie.
Mam wrażenie, że gdyby wszyscy, którzy kręcą nosami nad „Pługiem", spuścili trochę z tonu, wyzbyli się nadętej bufonady i podeszli do książki Tokarczuk z radosną chęcią nieskrępowanego siermiężną powagą czytania, odkryliby, że nawet autorka „Prawieku" może pisać z dystansem nie tylko do rzeczywistości, do literatury i do czytelnika, ale także do samej siebie. Któż z nas nie miał bowiem wrażenia, że urocza i momentami zabawna pani Duszejko to alter ego samej pisarki?
poniedziałek, 27 września 2010
Piosenka o zależnościach i uzależnieniach
Pięćdziesiąt „wierszy-zwrotek" liczy sobie piosenka poety. Każdy wiersz bowiem jawi się nam jako kolejna odsłona, następna część całości, jako fragment piosenki wyśpiewanej drapiącym gardłem, bolącymi strunami głosowymi, a wcześniej zapewne drżącą ręką napisanej.
Tkaczyszyn-Dycki zaczyna swój śpiew (a może nucenie albo pomrukiwanie pod nosem?) od apostrofy: „daj mi słowa abym kres/ nazwał umiejętnie kresem". Nie wiemy, do kogo kieruje te słowa. Wiemy tylko, że dzięki nim, a głównie dzięki natchnieniu owe słowa rodzącym, jest szansa na znalezienie się bliżej Pana Boga. Niech czytelnika jednak nie zmyli ta niebiańska figura! Nie mamy tu do czynienia z tradycyjną poezją religijną. Dycki tworzy raczej swoją własną wiarę, a może raczej tylko jej pozór.
Ów kres, o nazwanie którego autor prosi w pierwszym wierszu, zostanie nazwany w wierszu ostatnim, gdzie również wystąpi Bóg (nie mogę oprzeć się wrażeniu, że użyty jest tam tylko jako zwykła figura retoryczna). Wtedy też czytamy: „Panie Boże [...] uczyń mnie poetą". Czyim zatem dziełem są utwory w tomiku pomieszczone? Jak widać, na pewno nie poety - ten jeszcze (w mniemaniu autora) nie został „uczyniony".
Czytelnik podróżuje przez kolejne wiersze ponumerowane zwykłymi, rzymskimi cyframi. Autor pozwala nam krok po kroku odkrywać swój świat. A my powoli składamy go w większą całość. I chociaż tomiki wierszy, choćby z formalnego punktu widzenia, zakładają pewną fragmentaryczność, nieciągłość, my mamy poczucie, że poszczególne stacje na naszej drodze łączy ze sobą coraz więcej. Umiejętnie używane powtórzenia, nawiązania pomiędzy poszczególnymi utworami pozwalają na ten rodzaj ciągłości, która stawia czytelnika przed doświadczeniem życia poety (a jednak - poety! pomimo przytoczonych wcześniej końcowych słów).
Mijamy ludzi, którzy niegdyś mu towarzyszyli. Spoglądamy na ich twarze. Już ich nie ma. Znikli, przeszli, przeminęli. Bez nich jednak nie byłoby teraz Dyckiego. Przychodzi taki czas, kiedy trzeba stanąć na wprost naszych przodków, zmierzyć się z przeszłością. Zapytać: kim jestem? Skąd jestem? Z kogo jestem? Dobrze znaleźć odpowiedzi. Choć nie zawsze jest to możliwe. Jednym z głównym tematów piosenki (piosenka! jakże niewinnie i infantylnie to brzmi!) jest matka. Napisać trzeba szczerze - rozliczenie z nią. Spojrzenie na to, jaka była, co po niej zostało, i jaki ma to wpływ na samego autora. Gorzkie to refleksje. Smutne i przygnębiające wspomnienia. Bolące wciąż rany zostają rozdrapane słowami. Szarpiące się zdania gryzą myśli, ale przecież tak być musi! W końcu „z językiem trzeba twardo".
Gdyby nie dumne wystawienie piersi ku własnej przeszłości, gdyby nie szczera walka z własną historią i pokonanie strachu oraz - co najważniejsze - wstydu, nie można by się do końca określić. Tkaczyszyn-Dycki zrobił to publicznie. Matka i jej wpływ na dziecko, na jego psychikę to temat, z którym każdy z nas powinien się zmierzyć. I prędzej czy później do tego pewnie dojdzie. Przecież dzięki niej jesteśmy tymi, którymi jesteśmy.
Oprócz tego poeta walczy także z językiem, słowami, poezją („współczesna poezja polska to nekrologi"), książkami („księgozbiory nie są nam dziś potrzebne"), ojczyzną, Polską, Ukrainą, przyjaciółmi, historią, erotyzmem, seksualnością, chorobą, dzieciństwem, alkoholem, śmiercią, przemijaniem, Bogiem. A wszystko zamyka w prostych, przejrzystych zdaniach. W wierszach niedługich, pojedynczych „zwrotkach" piosenki o zależnościach i uzależnieniach. Wszystkie wymienione wyżej wartości i pojęcia składają się wszak na życie większości z nas. Jesteśmy od nich zależni, czasami wręcz uzależnieni - jak w tytule. Dlatego m.in. uniwersalizm tej poezji sprawia, że odnajdujemy się razem z Dyckim między jednym a drugim słowem, między trzecim a czwartym wierszem, między kolejnymi stronami. A w końcu - w całości.
I wiemy, że być może kiedyś sami staniemy przed lustrem. I przyjdzie nam spojrzeć sobie w twarz. Nie wszyscy się na to zdobędą. A kto się odważy to spisać? Jeszcze mniej z nas. A nawet jeśli, to kto się odważy to wydać, upublicznić? Zaledwie garstka. I właśnie tak zostaje się poetą.
piątek, 24 września 2010
Bar "Bambino" i przemijanie
Heraklit z pewnością nie jako pierwszy wykrzyknął „Panta rhei!". Nie był również odosobniony Jan Kochanowski, pisząc „Zacność, uroda, moc, pieniądze, sława/ Wszystko to minie jako polna trawa". I nie Szymborska ostatnia oznajmiła: „... zła godzino [...] jesteś, a więc musisz minąć". Inga Iwasiów, autorka powieści „Bambino" (nominacja do nagrody Nike 2009), także nie jest wolna od podobnych przemyśleń.
Gdyby poważnie przyjrzeć się całej światowej literaturze, ponad 90 proc. wszystkich książek - w mniej lub bardziej bezpośredni lub świadomy sposób - traktuje o upływającym czasie. W tym stwierdzeniu można pójść jeszcze dalej - wszystkie książki są o przemijaniu! Albo inaczej - można je interpretować w kategoriach przemijania. Choćby z tego powodu, że bez względu na treść, same poddane próbie czasu, ostają się lub nie w pamięci ludzi i historii literatury. I nawet z pozoru błahy wierszyk o kwiatkach nieznanego autora z XVII wieku, dla nas - żyjących tu i teraz - będzie z perspektywy kilku wieków wierszem o czymś, co minęło! Bo gdzież są tamte kwiaty!? W powieści też nie można pominąć kategorii czasu! Nawet gdybyśmy na trzystu stronach opisali jedną sekundę, ta sekunda przecież mija! I minie! Zostawmy jednak na boku rozważania filozoficzno-literackie i powróćmy do Ingi Iwasiów i „Bambino".
Maria, Jan, Anna i Ula. Ich czworo odgrywa główne role w tym ponurym spektaklu. Bohaterowie znaleźli się w powojennym Szczecinie. Mieście brudnym, smutnym, poszarzałym nie tylko od lat wojennych, ale także od trosk i zmartwień jego mieszkańców, którzy snują się po nim wpleceni w codzienną rutynę - wyrwani z rodzinnych domów. Miejscem, które ich łączy, jest bar mleczny „Bambino". Przez tę niepozorną, peerelowską jadłodajnię przepływają wody ich życia. Każde z nich ma inną przeszłość, inne doświadczenia. Każde z nich o czymś marzy, lecz nie jest w stanie tego osiągnąć. Ich losy splatają się ze sobą, trwają i przemijają. Obserwujemy wydarzenia od roku 1940 aż po schyłek lat 70., lata tuż powojenne i najczarniejsze czasy komunizmu.
Każde z nich mierzy się z demonami przeszłości, stacza walkę ze schedą po wcześniejszych pokoleniach, szarpie się z doświadczeniami, próbuje strzepnąć z siebie warstwę pyłu przeżyć, jaki pokrył ich, zanim znaleźli się w wielkim mieście. Szczecin z jednej strony jawi im się jako ziemia obiecana otwierająca przed nimi wiele nowych możliwości i perspektyw, z drugiej jednak strony nic im w konsekwencji nie daje. Może jedynie przysparza dodatkowych trosk, kłopotów, zmartwień, zmarszczek. Wszak wszyscy się starzeją, co też jest wyraźnie w powieści podkreślone.
Czas pędzi, gna, leci niczym rozpędzony pociąg życia, mijają lata (poszczególne rozdziały mają w tytułach kolejny rok, w którym rozgrywają się opisywane wydarzenia), a my obserwujemy bohaterów i... nic. Prawda, że każdy z nich ma emocje, potrzeby, marzenia, namiętności, problemy i radości, ale koniec końców nie zostaje z tego... no właśnie - nic. Przerażająca to wizja. Biedni ludzie. Nieszczęśliwi. Ba! Czyż wszyscy nie znajdujemy się przecież w tym samym tyglu? Czy bez względu na miejsce zamieszkania nie zachowujemy się podobnie? Czy po nas miałoby pozostać coś więcej niż po zapomnianych mieszkańcach powojennego Szczecina? Równie dobrze mógłby to być Szanghaj, jak i nieznana nikomu wieś pod Białymstokiem.
Może smutek bijący z tych kart, może aż nazbyt naoczna chronologia wydarzeń, może czasy, o jakich Iwasiów pisze, sprawiły, że tylko jedna rzecz zostaje mi w głowie po przeczytaniu tej książki. Przemijanie, które jest w nas od dnia narodzin, towarzyszy nam przez całe życie. Refleksja nienowa, każdy jednak odkrywa ją kiedyś dla siebie po raz pierwszy. Refleksja powszechna, by nie powiedzieć wręcz pospolita, ale jakże piękna może się okazać, gdy opisze ją Inga Iwasiów!
poniedziałek, 13 września 2010
Dom nadzoru
Twórczości Tomasza Sobieraja, autora książki „Dom nadzoru", nie znałem wcześniej. Co więcej, nawet nie słyszałem o istnieniu samego pisarza (a także fotografika). Teraz, po lekturze tego niewielkiego zbioru opowiadań - rzecz jasna - jest mi ona bliższa. I cieszę się z tego. Cieszę się, bo też ta książka jest naprawdę dobra. Nawet bardzo.
Zawsze przed przeczytaniem książki autora wcześniej nieznanego, nawet ze słyszenia, odczuwa się pewien niepokój, czasami ciekawość, czasami książkę odkłada się na później, żeby przypomnieć sobie o niej po pół roku. Nigdy nie wiadomo bowiem, co nas czeka. W tym przypadku było podobnie. Sobieraj? A kto zacz? W życiu o nim nie słyszałem (książkę dostałem). Przyznaję, że „Dom nadzoru" leżał i czekał na swoją kolej. Kiedy zabierałem się zań, nie nastawiałem się na nic.
I przyszło to, co w odkrywaniu nieznanych literackich światów jest najpiękniejsze. Niespodzianka, nieoczekiwane, zaskoczenie, a nawet zachwyt. Jest to po prostu pięknie napisana książka. Mądra, głęboka, spokojna, przemyślana, zamknięta, dopracowana. Lubię takie czytelnicze odkrycia. Oj, lubię!
„Dom nadzoru" to pięć niedługich opowiadań. Każde o czym innym, choć utrzymane w podobnej estetyce literackiej. Poznajemy zatem mężczyznę, który wbrew sobie wykonuje znienawidzony przez siebie zawód obrzezującego, a wolność odnajduje dopiero w śmierci („Mohel"). W opowiadaniu „Panoptikum" dwoje dzieci odkrywa okrutną prawdę o sobie i swoim ojcu, kiedy okazuje się, że są tylko... (nie mogę napisać!). „Azyl"" z kolei to impresja na temat wolności sztuki i artysty w być może nieodległej przyszłości. „Wycieczka" przeraża realizmem i tym, że to literackie, fikcyjne przecież proroctwo, może się spełnić. „Instytut" natomiast to wariacja na temat eksperymentów medycznych i zabawy człowieka w Pana Boga, a do tego niesamowita ekspresja przeżyć wewnętrznych bohatera.
Co łączy te krótkie formy? Czym się wyróżniają? Co tak bardzo mi się w nich spodobało? Wszystkie opowiadania Tomasza Sobieraja są niezwykle klimatyczne, mają w sobie coś z wielkiej tajemnicy, czasami bardzo przerażającej, niebezpiecznej, przez to też pociągającej, wciągającej czytelnika w mroczny, chwilami albo niezwykle realistyczny, albo zupełnie odrealniony świat.
Przepełnione są wizjami, które porównywane są do tych, jakie możemy znaleźć w dziełach Kafki czy Schulza. Inspiracja Sobieraja, szczególnie tym drugim pisarzem, jest widoczna i bardzo dobrze wykorzystana. Uderzają nie tylko wizje, obrazy, klimat opowieści, ale również język - niemal poetycki, cichy (jeśli można tak go określić), bogaty, czysty, a przy tym wartki.
Pełno w tych utworach szalenie mądrych, filozoficznych przemyśleń, spostrzeżeń na temat społeczeństwa, życia, śmierci, relacji między ludźmi - czyli de facto tego wszystkiego, co zawsze nas interesuje i co znajdujemy w większości dzieł literackich. Ale ta forma! Forma! Forma, styl i treść! Nie jestem w stanie doczepić się do niczego. Straszne. Dziwne. Prawdziwe. Szczere gratulacje dla autora!
czwartek, 9 września 2010
Polowaneczko
Uwaga! Książka tylko dla czytelników o mocnych nerwach. Zawiera treści okrutne oraz opisy nieludzkich praktyk wywołujące odruchy... i tu można wpisać pełną gamę emocji, jakie ta publikacja rozbudza, a zatem: odruchy obrzydzenia, odruchy wymiotne, odruchy współczucia, żalu, litości, troski, trwogi, lęku, przerażenia, u niektórych śmiechu albo obojętności (czyli de facto brak odruchu).
Całość oparta jest na artykule Tomasza Matkowskiego. Oprócz jego treści zamieszczony jest tam również wywiad Mariusza Szczygła z autorem, głos internautów na forum oraz list rzecznika prasowego Polskiego Związku Łowieckiego, który jest odpowiedzią Związku na zarzuty Matkowskiego. Tyle. A teraz do rzeczy.
Artykuł główny, artykuł-matka, od którego wszystko się zaczęło, jest znakomity. W sposób bezpośredni opisuje przebieg polowania oczami obserwatora (Matkowski brał bierny udział w polowaniach jako tłumacz zagranicznych myśliwych). W tej części książki jawi nam się obraz pełnego okrucieństwa i zwyrodnienia ludzi, którzy dla zwykłej zabawy, zasłaniając się tandetną ideologią, wybijają rocznie jedną trzecią dzikiej zwierzyny w Polsce. Opisy bólu zwierząt, sadyzmu myśliwych, ich prymitywnych, wręcz neandertalskich zachowań budzą, mówiąc najdelikatniej, niesmak. Tekst jest napisany świetnym językiem, czyta się go szybko i wywołuje na czytelniku wielkie wrażenie.
Kolejna część książki - wywiad Mariusza Szczygła z autorem - jest niepotrzebna i wtórna. Najbardziej zastanawiające jest umieszczenie komentarzy internautów i swoich własnych w kolejnym rozdziale. Ta część zajmuje najwięcej miejsca. Przyznam, że brnąłem przez nią z trudem. I to nie dlatego, że po raz kolejny przedstawiono tam niewyobrażalne męki zwierząt leśnych konających całymi dniami po nieudanym strzale pana z piórkiem w kapeluszu. Coś mi w tym wszystkim zgrzytało, coś mną szarpało.
Co to było? Może po kolei: jestem przeciwnikiem polowań i bezmyślnego mordowania zwierząt. Obiema rękami mógłbym podpisać się pod artykułem Matkowskiego, ponieważ zgadzam się z jego poglądami. Wycinki z forum wydały mi się jednak tak bardzo wybiórcze i tendencyjnie dobrane, że straciłem całą przyjemność ze śledzenia ich (choć dobrnąłem do końca). Autor zarzuca myśliwym brak konkretnych argumentów na swoją obronę - to prawda - nic nie usprawiedliwia ich masowych mordów. Ich zmasowany atak, wypowiedzi częstokroć niskich lotów intelektualnych, błędy ortograficzne i gramatyczne ukazują ich słaby poziom edukacji.
A raczej to właśnie Matkowski ukazuje ich takimi, specjalnie dobierając odpowiednie cytaty myśliwych. Sam zaś uznaje siebie i obrońców zwierząt za świętych. Ich wypowiedzi są piękne składniowo, dobrze skomponowane. Oni są wykształceni i kulturalni. Polujący panowie z brzuszkami - są źli i głupi. Sam autor zabrnął w ślepą uliczkę, dał się złapać we własne sidła. Wytyka dziecinność argumentów członków kół łowieckich, a sam dobiera materiał tak, aby nie zostawić na nich suchej nitki. Co też jest dziecinne. O, paradoksie!
Niepotrzebne zamieszczenie forumowych dyskusji, i to skrajnie nieobiektywnych, spowodowało, że książka wiele straciła. Opluwanie jadem myśliwych (którzy bez wątpienia uprawiają nader haniebny proceder) jest poniżej godności człowieka na poziomie. Zabawa w piaskownicę trwa w najlepsze i sam autor w nią wszedł ze swoimi łopatkami i wiaderkami. Nieładnie. Fe! A mogło być tak pięknie i ciekawie...
czwartek, 2 września 2010
Kieszonkowy atlas kobiet
Sylwia Chutnik - kulturoznawczymi, absolwentka Gender Studies, działaczka społeczna, założycielka Fundacji MaMa, przewodniczka po Warszawie. W roku 2008 debiutuje „Kieszonkowym atlasem kobiet" i z miejsca zostaje ogłoszona literackim odkryciem sezonu, dostaje Paszport Polityki, a jej tekst Waldemar Śmigasiewicz przenosi na deski Teatru Powszechnego w Warszawie.
Autorka maluje przed nami cztery historie kobiet. A raczej trzy historie kobiet i jedną - jak sama go nazywa - paniopana Mariana. Wszystkie splatają się w jednym miejscu - w bloku przy ulicy Opaczewskiej w Warszawie. Mamy więc cztery typy: bazarówy, łączniczki, podróbki i księżniczki. Już pierwszy obraz wprawia czytelnika w prześmiewcze drżenie, poraża szyderstwem i doskonałą obserwacją zarazem.
A zatem wkraczamy na bazar - królestwo domowych kur, wymiętych psychicznie przez mężów gospodyń, zapuszczonych lumpiarek, kloszardowych bab, wiejskich prymitywek, zakutanych w szmatowate ciuchy wrzeszczących i brudnych kobiecin, które niedomytą ręką wrzucą ci kawał słoniny do foliowej reklamówki, a potem obliżą paluchy przy przeliczaniu pieniędzy. Nie bójmy się mocnych słów. To dopiero początek. Przed nami jeszcze ponad dwieście stron zmagania się z taką polskością. Taką, z którą ciężko się nam pogodzić.
W tej książce jest mnóstwo znakomitych obserwacji opisanych językiem odważnym, dosadnym, pełnym współczesnych i najbardziej aktualnych odniesień do naszego tu i teraz. To jest totalny (modne obecnie słowo) obraz współczesności. Z jej największymi brudami, nietolerancją, zaściankowością, prymitywizmem, małkością, małością i gnuśnością. To jest obraz kobiet, które same nie potrafią. Nie potrafią uniezależnić się od mężczyzn, wziąć życia we własne ręce, zrobić czegoś dla siebie, wyjść problemom naprzeciw, być odważnymi, przestać żyć przeszłością - to wszystko oczywiście jawne postulaty feministyczne (co nie jest zarzutem!). Bardzo dobrze! Przecież aż chce się przekląć siarczyście, krzyknąć głośno, potrząsnąć gwałtownie za kołnierz, kopnąć mocno w tyłek. Tak przecież być nie może. Nie marnuj sobie życia, kobieto! - zdaje się wołać autorka z kart książki. Dręczy ten obraz. Męczy, bo można poczuć się bezsilnym i złym na taką rzeczywistość. Iście gombrowiczowska polskość kole, drażni i uwiera.
Książka zebrała znakomite recenzje. Pytanie tylko jedno - czy wszystkie brawa, zachwyty, cały splendor i gloria spłynęły na Sylwię Chutnik zasłużenie? Na to trudno odpowiedzieć. Najpierw trzeba przeczytać książkę - to oczywiste. A potem... co potem? Co jeszcze przeczytać? Nic więcej nie ma... Po tej jednej publikacji można się pozachwycać, ale póki co spokojnie. Bez nadgorliwości. Można przez przypadek i zupełnie nieświadomie postawić zbyt wysoką poprzeczkę, której pisarka nie przeskoczy. Zamiast mówić i pisać: „Kieszonkowy..." to najlepsza w ostatnich latach polska proza (od czasu debiutów Masłowskiej i Dehnela), warto podejść do tematu mniej emocjonalnie: „Kieszonkowy..." to kawał świetnej prozy, mamy nadzieję, że Chutnik z każdą kolejną książką będzie coraz lepsza. Po co później się rozczarowywać? A ostatnio trochę takich rozczarowań było. Wystarczy wspomnieć Wojciecha Kuczoka, którego „Senność" przez wielu została przyjęta literalnie, po tytule - jako usypiająca.
Dlatego też zalecałbym szczególną ostrożność. Powieść jest bardzo dobra. Ja jednak, zanim oznajmię, że Chutnik jest w moim przekonaniu jedną z najlepszych polskich pisarek początku XXI wieku, poczekam na przynajmniej dwie kolejne publikacje tej autorki, które - mam nadzieję, że się pojawią. I - mam również nadzieję - że nie rozczarują. Chciałbym nawet napisać - jestem pewien, że się nie zawiodę. W końcu dzięki „Kieszonkowemu..." jestem jeden krok bliżej do zostania feministą.
środa, 1 września 2010
Tutaj
Recenzowanie Szymborskiej to porywanie się z motyką na słońce. Przynajmniej takie było moje odczucie w momencie, kiedy myślałem, co by tu napisać. Zachęcać do czytania jej wierszy nikogo nie trzeba. Krytykować? Nie potrafię. Nie chcę. Nie muszę. A może właśnie powinienem? Najlepszy sposób jest zarazem najprostszy - napisać o swoich wrażeniach po zapoznaniu się z treścią „Tutaj". Nie od razu. Po ponownym przeczytaniu. Kilkukrotnym. Po wielu dniach.
Najnowszy tomik noblistki zawiera dziewiętnaście wierszy. Jest zatem dość skromny objętościowo. To oczywiście ani zarzut, ani pochwała. Po prostu taki jest. A co do samych wierszy. Szczerze - nie porywają jak kiedyś, kiedy poznawało się twórczość poetki. Pytanie tylko, czy tego się od nich oczekuje? Czy muszą porywać? Moim zdaniem nie muszą. To skromny tomik. W jak najlepszym znaczeniu. Ktoś taki jak Szymborska nie musi się już puszyć, nadymać, rozrastać do niebotycznych popisów językowych. To często domena autorów młodych, początkujących i chcących zwrócić na siebie uwagę. Ona - wystarczy, że napisze kilka słów - a czytelnicy nie będą zawiedzeni.
No właśnie - wystarczy, że napisze kilka słów. Mnie osobiście bardziej do gustu przypadły wiersze najkrótsze, te, które mają w sobie coś z aforyzmów. Ścięte celną puentą, zwieńczone zaskoczeniem przeradzającym się w zachwyt nad ich prostotą. Gorzej z tymi długimi, które wydały mi się czasem przegadane, kręcące się w kółko jakby w poszukiwaniu własnego sensu, który mógłby zostać oddany już po pierwszych dziesięciu wersach - przecież Szymborska to potrafi! Niektóre z nich wolały rozlać się na trzy strony i prowokować, kusić, szukać zaczepki do polemiki, intelektualnej bójki z nimi. Co też może świadczyć tylko na ich korzyść.
Wiele jak zwykle odniesień do codzienności, dnia powszedniego. Wiele rzeczy zwykłych, prostych. I taki sam język. To najmocniejsza strona Wisławy Szymborskiej. To też najmocniejsza strona tego tomiku. Jak można napisać o ludzkiej tragedii? Używając najbanalniejszych słów. Bez zbędnych metafor. Prostota jest najbardziej uderzająca. Wstrząsa, bo nie ubiera przeżyć w zbędne ozdobniki językowe, puste metafory, które są nam tak obce w najstraszniejszych dla nas momentach życiowych. Kobieta, która straciła ukochanego w katastrofie lotniczej nie wypowiada się językiem poetyckich porównań i wyszukanych środków stylistycznych. Mówi: „Wpadłam w gniew, bo to na pewno nie on./Nie zrobiłby mi tego, żeby tak wyglądać".
Prawda jest taka, że Szymborska nikomu ani nie musi, ani nie chce niczego udowadniać. Jako laureatka nagrody Nobla może mieć pewność, że wszystko, co napisze, będzie ważne. Niekoniecznie (choć często też) wybitne, znakomite, ale ważne.
poniedziałek, 30 sierpnia 2010
I była miłość w getcie
„Nienawiść jest łatwa. Miłość wymaga wysiłku i poświęcenia". To jedno zdanie mogłoby stanowić motto do ostatniej książki Marka Edelmana. Zresztą to zdanie właśnie z niej pochodzi. Rzecz jest o miłości. Można się domyślić po samym tytule. A książkę można przeczytać w jeden wieczór, choć ma prawie 200 stron. Słowo „wciąga" nie jest tu chyba najlepszym określeniem.
Nie jest to książka napisana osobiście przez Edelmana. Ona jest przez niego podyktowana. On siedział i mówił. Jego opowieści słuchała, nagrywała i spisywała Paula Sawicka. Czy to ważna informacja? Nie wiem. Czy gdyby czytelnik o tym nie wiedział, coś by się zmieniło w odbiorze tego dzieła? Nie sądzę, bo nie to jest ważne.
Edelman podejmuje temat, który do tej pory był traktowany trochę po macoszemu. Bo jakże tu pisać o miłości i o tym, że ktoś kogoś kocha, skoro wokół płoną domy, giną ludzie, odbywają się masowe egzekucje, bombardowania, zsyłki etc. A no można! A nawet trzeba. Może trudno nam - nieznającym wojny z bliska - pojąć, że wśród strasznych dla nas obrazów, które nam przekazali świadkowie i historia, była także prawdziwa, piękna, dozgonna (tutaj to słowo nabiera szczególnej wagi!) miłość. A była. Coś jednak różniło ją od innych miłości. I tutaj nam - nieświadkom - trudno będzie to zrozumieć. Inaczej - my tego nigdy nie zrozumiemy.
W jaki sposób przeżywanie miłości różniło się wtedy ze względu na trwającą wojnę? W jaki sposób różniła się ta miłość ze względu na intensywność odczuwania i świadomość możliwej (często nieuniknionej) śmierci? Jakie procesy kierowały ludźmi, że podejmowali takie, a nie inne decyzje? Czy sama istota miłości i uczucia różniła się od naszej, współczesnej? Tylko dekoracja była inna, bo krwawa? Tego nie wiemy. Nigdy się nie dowiemy. Nie zrozumiemy. Możemy tylko (albo aż - dzięki żyjącym świadkom) przeczytać o niej.
Matka, która połyka truciznę, żeby oddać numerek życia swojej córce. Córka, która idzie za matką do wagonu, chociaż może zostać i - być może - przeżyć. Chłopak, który własnym ciałem zasłania ciężarną żonę, kiedy Niemiec celuje prosto w jej brzuch z lufy karabinu.
O tym możemy tylko przeczytać. Wyobrażanie sobie samych siebie i swoich rodzin w tej sytuacji mija się z celem. Nie ma możliwości przewidzenia własnego zachowania w obliczu rzeczy tak ostatecznych. Mamy tu po prostu kawał porządnej relacji z warszawskiego getta. Śmierć, ból, rozpacz, walka, egzekucje, zsyłki, transporty. To było w getcie.
Aha! I jeszcze była miłość w getcie... przypomniał sobie i nam Edelman.
niedziela, 29 sierpnia 2010
Sceny dziecięce, czyli "Kinderszenen" Rymkiewicza
„Kinderszenen" to cykl miniatur fortepianowych Roberta Schumanna. Właśnie one posłużyły Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi jako tytuł jego książki. Kinderszenen, czyli sceny dziecięce - u Schumanna słodkie, niewinne i beztroskie marzenia i wydarzenia oczami dziecka. U Rymkiewicza - gorzkie, ponure i okrutne doświadczenia okresu II wojny światowej. Rymkiewicz opisuje lata niemieckiej okupacji oczami siebie samego sprzed ponad sześćdziesięciu lat. Domyślamy się, jakie to obrazy.
Nie jest to autobiografia, raczej jej wycinek, a jeszcze precyzyjniej urywek, albo wręcz urywki. Każdy z nich, jako osobny rozdział, jest wspomnieniem z dzieciństwa, miniesejem wojennym, rozważaniem o historii i jej wpływie na teraźniejszość. Wszystkie części scala jeden powracający wątek - wybuch czołgu-pułapki 13 sierpnia 1944 r. przy ulicy Kilińskiego na Starym Mieście w Warszawie. Zginęło wtedy kilkaset osób beztrosko otaczających czołg, radosnych ze zdobycia niemieckiego wozu pancernego, niewiedzących, że za chwilę nastąpi katastrofa.
Wokół tego wydarzenia Rymkiewicz snuje swoje rozważania. Czyni zeń wręcz centralny punkt powstania warszawskiego, z samego powstania natomiast najważniejsze wydarzenie w historii Polski. Jak sam pisze, ważniejszego nie było i pewnie nigdy nie będzie. Mało tego. To zdarzenie urasta do miana aktu założycielskiego współczesnej Polski. Jeszcze więcej - ma ono skutki po dziś dzień i pozostaje przyczyną wielu ważnych zdarzeń.
Czytelnika tej książki może niepokoić uproszczenie, jakiemu autor poddał analizę zachowań powstańców, ich dowódców oraz Niemców. Niepokoją radykalne wnioski wyciągane przez Rymkiewicza z opisywanych wydarzeń. Wojna nie była czarno-biała, postrzeganie tak ważnych momentów w naszych dziejach w kategorii dobry-zły, brzydki-ładny jest rzeczywiście - zgodnie z tytułem - dziecięce, żeby nie powiedzieć dziecinne. Jednak nie zapominajmy, że Rymkiewicz pisze wspomnienia małego chłopca jako dorosły, a nawet stary już człowiek.
Dziecięcym obrazkom z tamtego świata nadaje sens z punktu widzenia starca, który wiele wie. Jako osoba, która przeżyła wojnę - ma święte prawo głosić radykalne sądy. Nic nam do tego. Szczególnie tym, którzy nie wiedzą, co znaczy wojna na żywo. Jako osoba, która opublikowała taki tekst dla ogółu - Rymkiewicz w rozumieniu idei historii i powstania nie wniósł nic nowego. A nawet więcej - zbyt je uprościł, spłaszczył tylko do jednego punktu widzenia, nie zostawił miejsca na inne spojrzenie, zradykalizował i wydał jedyny według siebie słuszny wyrok.
Najlepsze fragmenty tej książki to czyste wspomnienia dziecka w okupowanej Warszawie. Napisane bardzo dobrą prozą opisy topografii, ulic, życia w mieście, wspomnienia związane ze zwierzętami (koty, żółwie, raki, kanarek), szkoła, ubiory, rozrywki towarzyskie (kawiarnie, jazda na łyżwach) - takich świadectw nam trzeba.
Gdyby zebrać tylko te fragmenty i wydać jako osobną książkę, zebrałoby się może niecałe sto stron. A niechby i tyle! Już to w zupełności by wystarczyło na niezłą książkę-pamiętnik. Wycieczka autora po ścieżkach historiozoficznych nie pomaga temu dziełu. Rymkiewicz niepotrzebnie zabrnął w chaszcze rozważań. Wygląda na to, że się pokaleczył i stracił ogląd sytuacji.
Subskrybuj:
Posty (Atom)














